Czego nauczył mnie mój pęcherzyk żółciowy,którego już nie mam?

Rok temu w listopadzie dostałam kolki wątrobowej. Szczerze...? to było gorsze od wszystkich bóli razem wziętych jakie miałam w życiu.
Gdy mąż znosił mnie na rękach z mieszkania,myślałam  " ok, chyba umieram ale byłam wczoraj u spowiedzi to nie powinno być tak źle".
Czemu, wtedy nie myślałam o dziewczynkach? Wiedziałam, że cokolwiek mi się stanie to będą w dobrych rękach.
Po walce na izbie przyjęć,cieszyłam się na powrót do domu o własnych siłach.
Pojechałam na konsultację, do mojej najlepszej Pani Doktor i usłyszałam o operacji,która miała być 4 miesiące po cesarce.Ciarki mnie przeszły. Przysięgłam sobie wtedy, że zrobię wszystko by zoperować się za kilka miesięcy bez stanu zapalnego. Pilnowałam się usg, morfologia i dieta...
Mijały tygodnie.Chudłam na potęgę,spodnie spadały mi z tyłka, nie miałam siły,byłam coraz bardziej nerwowa bo moja dieta zaczęła być uboższa od samego postu Wielkanocnego. W końcu babcia mnie spytała: to co Ty możesz jeść? Odpowiedziałam: lepiej nie pytaj...

Im dalej tym było gorzej. Byłam wiecznie nerwowa, że boli.Chodziłam spać razem z kurami,bo wiedziałam że rano już będzie dobrze. Żyłam nadzieją.
Najpierw planowałam zabieg w czerwcu,ale to wakacje. Później we wrześniu,ale Ania przecież szła do przedszkola.To może w październiku...albo nie w listopadzie będzie najbezpieczniej. Miałam wyznaczoną datę. Nie pojechałam. Asia rozchorowała się, a później dostałam anginy. W końcu 9 dni temu pozbyłam się dziada.
No więc, czego mógł mnie on nauczyć?
Przede wszystkim dostałam mocnego kopniaka i zaczęłam na serio myśleć o kruchości życia. Każdy z nas o tym myśli,ale to było namacalne doświadczenie , że nasze życie w końcu się skończy. Dlatego codziennie modliłam się ,by obudzić się rano. Zaczęłam dostrzegać w życiu dobro,choćby to najmniejsze. Bycie żoną,matką, pracodawcą,artystą i na końcu sobą to mieszanka wybuchowa, która często gdzieś we mnie rośnie jak ten balon i wybucha. Za dużo obowiązków, nacisku "bo muszę zrobić to i tamto". Sama napędzam się i stresuję, bo wczoraj nie wyciągnęłam naczyń ze zmywarki. No istna tragedia... 
Po urodzeniu Asi wyłączyłam tryb "ja".
Moja siostra malując mnie pierwszy raz od bardzo dawna powiedziała, że mam więcej zmarszczek od niej a dzieli nas uhuhu i jeszcze trochę. Otrzeźwiałam,faktycznie nie dbam o siebie.
Wszyscy potrzebujemy odpoczynku. Chwili dla siebie. Mi tych chwil zabrakło,bo myślałam że jestem niezniszczalna. Chcąc wszystkich wyręczyć nie widziałam mojego egoizmu, wykańczającego samą siebie. I właśnie woreczek zapukał i powiedział "helloł jesteś z prochu".
Przestałam się nakręcać. Po co mi to?By ktoś z boku powiedział "jaaa... pracujesz, masz dom,dwójkę dzieci i hobby, jak Ty to w ciągu 24h ogarniasz?" Chciałam być zawsze najlepsza, a czasami przypalałam kaszkę manną.
Przestawiłam swoje myślenie. Zmieniłam priorytety. Zastanowiłam się głęboko nad sobą i nad swoim życiem i wyciągnęłam wnioski.  Wiem, że trzeba o siebie dbać bo wystarczy chwila nieuwagi a życie może prysnąć jak mydlana bańka.
Po zabiegu cieszyłam się jak dziecko dostając kleik. Ktoś, by powiedział fuj... a ja cieszyłam się że jest już po wszystkim i że żyję.
Wpis poświęcam Ilonie,która namówiła mnie na zabieg i Pani B.S. za wszystko <3
FOT.MiguszaFoto

Komentarze

Popularne posty